notująca - krytyk rzeczywistości
Kategorie: Wszystkie | czytam | myślę | słyszę | widzę
RSS
środa, 10 lutego 2010
Naczelna "Przekroju" rozmawia z Wyrypajewem

Właśnie nieomal zadławiłam się piwem, czytając następujący fragment wywiadu z poprzedniego numeru "Przekroju":

"Wyrypajew: (...) Chciałbym robić filmy gatunkowe, takie jak 'King Kong' czy 'Avatar', ale z przyczyn oczywistych to niemożliwe, więc robię to, na co udaje mi się zdobyć pieniądze

Janowska: Rzeczywiście trudno znaleźć coś wspólnego między 'Avatarem' a 'Tlenem'

Wyrypajew: Może dlatego, że 'Avatar' jest filmem o wiele lepszym niż 'Tlen'? Ale zaskoczę panią. Istnieje coś wspólnego między tymi dwoma obrazami. Podobnie jak James Cameron chciałbym, żeby podczas oglądania 'Tlenu' widz poczuł samego siebie.

Janowska: Zaskoczył mnie pan, przyznaję. 'Avatar' oprócz oszałamiającej sfery wizualnej prowokuje do zastanowienia sięnad tym, co my jako gatunek ludzki jesteśmy w stanie zrobić z własną planetą. Natomiast pański 'Tlen' to według mnie pytanie, co robimy sami sobie. Marzy pan o kinie gatunkowym, a tymczasem 'Tlen' jest mieszanką najróżniejszych języków (...)"

Czytać dalej trochę się boję. Zbyt wiele pytań kołacze mi się po głowie, z czego najważniejszym jest: czy pani Janowska nie zna pojęcia sarkazmu, czy też ma tak wyrafinowane poczucie humoru, że nie załapałam żartu??

Martwiłam się ostatnio o przyszłość "Przekroju" pod nowym kierownictwem. Teraz zaczynam być przerażona...
00:33, notujaca
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 stycznia 2010
Gopnik, Adam
Mało znany jest ten pan w Polsce, a szkoda. Nie dość, że pisze genialnie, to jeszcze bardzo mądrze. Poczytać go można na łamach "New Yorkera", ja jednak znam go przede wszystkim z dwóch książek, zbierających publikowane tam artykuły - "Paris to the Moon" i "Trough the Children's Gate". Jego teksty po angielsku są określane jako "essays", ja bym to chyba nazwała felietonami - tylko gdzie można przeczytać felietony na 30 stron? Wspomniane książki to zbiory pięknych obrazków z dwóch miast - Paryża, w którym mieszkał przez kilka lat jako korespondent, i ojczystego Nowego Jorku. Obrazki to może jednak nie najlepsze słowo - Gopnik nie skupia się na topograficznych opisach czy szczegółach, zamiast tego rewelacyjnie oddaje ducha miasta. Poza tym opowiadane historie są dla niego pretekstem do rozważań na najróżniejsze tematy - błyskotliwych, zabawnych, frapujących. Mam takie malutkie, naiwne marzenie (poza tym oczywiście, żeby ktoś raczył wydać go w Polsce), żeby pomieszkał parę lat w Warszawie i pokazał moje miejsca widziane swoimi oczami. Strasznie jestem tego ciekawa.
15:57, notujaca , czytam
Link Komentarze (1) »
"Śnieg"
Nieszczęsny Orhan Pamuk leżał na mojej półeczce "do przeczytania" od dostania Nobla, ale ja do sięgnięcia po książkę muszę mieć odpowiedni nastrój (dlatego nie mogłabym być zawodowym recenzentem... ). Czemu nastrój na "Śnieg" przyszedł właśnie teraz, to chyba nie wymaga głębszej analizy ;-) Ale miałam rację, że się nie rwałam do niego. Czemu? Sama do końca nie wiem. To dobra książka, niegłupia, do tego świetnie napisana (wciągnęłam w trzy dni, poczytując ją jedynie w wolnych chwilach). Ale chyba po prostu to nie jest moje i tyle. Do fanklubu się nie zapiszę. Strasznie mnie irytował główny bohater, ni cholery nie mogę wzbudzić w sobie sympatii do niego. No i nie dziwię się, że zdaje się Pamuka nie kochają w ojczyźnie - obraz Turcji na łamach jego prozy jest dość ponury i zniechęcający (choć może oczywiście prawdziwy - nie wiem, tam jeszcze mnie nie było).
15:31, notujaca , czytam
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 stycznia 2010
"Gorzkie mleko"
Spieszno mi było zobaczyć nowy film reżyserki "Madeinusa" (notabene nie wiedziałam, że jest krewną mojego ukochanego Vargasa Llosy). Niestety, zbyt spieszno, bo pokaz przedpremierowy w Kinotece okazał się porażką pod względem technicznym - przez sporą część seansu obraz był wyświetlany poniżej ekranu, przez co nie było widać napisów, za to pojawiały się na przykład mikrofony zwisające nad aktorami. A że to film, którego mocną stroną jest klimat, takie zabiegi bardzo przeszkadzały w odbiorze. Podejrzewam, że dlatego właśnie spodobał mi się mniej, niż na to zasługuje. Bo przecież były piękne obrazy (z niesamowitą aktorką w roli głównej), był magiczny nastrój, były niesamowite peruwiańskie wierzenia i wnikliwe antropologiczne studium biedoty żyjącej w slamsach na obrzeżach Limy. Wydaje mi się, że jednak pierwszy film tej reżyserki był sporo lepszy, ale chyba spróbuję obejrzeć jeszcze raz "Gorzkie mleko", w normalnych warunkach. Może zmienię zdanie.
12:25, notujaca , widzę
Link Komentarze (4) »
"Ślepy los"
Dokument o wyprawie niewidomych, tybetańskich dzieci w Himajale. Nie powala formą, ale można się z niego dużo ciekawych rzeczy dowiedzieć - o tym, jak można przekraczać własne ułomności, i jak ciężki jest los niewidomych w buddyjskiej kulturze (wierzy się tam, że ślepota to kara za grzechy popełnione w poprzednim życiu). Poza tym porażające jest pokazanie, jak coś, co miało być akcją dla dobra dzieci, zamienia się w grę ambicji himalaistów. Dla przewodników celem staje się dojście na szczyt za wszelką cenę, przestają przejmować się dzieciakami, które zamiast radosnej przygody otrzymały morderczy wyścig. Strasznie przygnębiające.
12:15, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
"Bękarty wojny"
Jako zapewne ostatnia osoba w Polsce obejrzałam w końcu najnowszego Tarantino. I nie żałuję, bo dawno nie zrobił tak dobrego filmu (mimo że nadal uważam, że daleko odszedł od formy znanej z "Pulp fiction" i "Wściekłych psów"). Kilka genialnych aktorskich kreacji, masa zwariowanych pomysłów i swoisty, perwersyjny wdzięk historii pisanej na nowo. Pamiętam liczne głosy, że to nie wypada, że nie można przedstawiać Holocaustu w tak frywolnej formie - moim zdaniem jednak Tarantino nie zbanalizował zła drugiej wojny. Mimo komediowej konwencji, wiele scen jest wstrząsających, jak na przykład prolog dziejący się we francuskiej wiosce. Podejrzewam, że wielu Amerykanów z tego filmu po raz pierwszy dowiedziało się, jak wyglądała rzeczywistość Żydów pod niemiecką okupacją. 
12:08, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
"20 lat nowej Polski w reportażach"
Jako że uwielbiam reportaże, a ponadto uwielbiam Mariusza Szczygła (mimo że ciągle mam dysonans poznawczy, bo nie cierpiałam go w polsatowskim "Na każdy temat", a pokochałam jego teksty o Czechach), nie mogłam przegapić tego autorskiego wyboru. Naprawdę warto po niego sięgnąć, nawet jeśli dzięki regularnej lekturze "DF" i "Polityki" część tekstów jest już znana. Szczygłowi udało się osiągnąć zamierzony efekt - stworzył genialną panoramę Polski ostatnich dwóch dekad, tego, czym żyli ludzie, z dala od bieżących i zapominanych po miesiącu politycznych sporów. No a poza tym niektóre reportaże to istne perełki. Ciężko się oderwać. 
11:59, notujaca , czytam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 grudnia 2009
"Piekielny Brooklyn"
Piekielna książka. Dziwaczny, nieskładny, lekceważący zasady interpunkcji strumień świadomości jej bohaterów - ludzi z najpodlejszych nowojorskich rynsztoków. Wciągający jak twardy narkotyk, od pierwszych stron, wypluwający oszołomionego czytelnika na jego stacji metra, czującego się jak tania męska dziwka na amfie. Dzieło geniusza, ale geniusza przeklętego. Hubert Selby Jr musiał mieć naprawdę niefajne życie.
11:11, notujaca , czytam
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 grudnia 2009
"Biała wstążka"
Czy dystrybutorzy filmowi chcą dobić nasze i tak pogrążone w jesiennej depresji społeczeństwo? W kinach grane są teraz dwa dobre, ale bardzo nieprzyjemne filmy - "Dom zły", o którym pisałam w czasie WFF, i "Biała wstążka" Michaela Haneke.

Zestawiam je z premedytacją, bo po obejrzeniu obu ciężko otrząsnąć się z wrażenia, że świat to najpodlejszy padół, a ludzie to wilcy. Ciekawe jednak, że Polak i Austriak użyli zupełnie innej formy, aby to oddać - Smarzowski epatuje przemocą, jego obraz jest bardzo brutalny, dosłowny, wali obuchem; Haneke zrobił film spokojny, nastrojowy (nie mówiąc już o tym, że czarno-biały), w którym zło subtelnie wyłazi spod podszewki świata, przez co groza jest spotęgowana. I tu moje małe "ale" - IMO troszkę za mało subtelnie, zwłaszcza jak na twórcę czegoś takiego jak "Ukryte". Film byłby lepszy bez paru naprawdę niepotrzebnych dosłowności, na przykład w wątku kazirodczym. Troszkę chyba brak wiary w widza...

W mojej ocenie - dobry, ale nie wybitny. A na jesienne depresje zdecydowanie polecam zamiast "Wstążki" "Cichy chaos" :-)
13:19, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
"Cichy chaos"
Piękny, mądry, spokojny film. Przewrotny, choć optymistyczny. O tym, że czasem trzeba przestać pędzić i po prostu usiąść na ławce w parku, zająć się tym, co ważne, a reszta sama się ułoży. Do tego świetna, rockowa muzyka. Polecam wszystkim, którzy przegapili go, gdy wchodził do kin.


12:59, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2009
Kulturalny Niujork
Byłam daleko i chłonęłam mnóstwo wrażeń, także kulturalnych. Najważniejsze do zanotowania:

Knitting Factory

Legendarny w pewnych kręgach ;-) nowojorski klub, który spełnia wszystkie niezbędne kryteria fajnego koncertowego miejsca - atmosfera bez zadęcia, nie ma tłoku, piwko i bilety w przystępnej cenie, no i świetny repertuar - nam udało się zobaczyć m.in. Marca Ribbota i Gordona Gano. Będzie mi brakowało tego miejsca w Wawie.

Sonic Youth w Terminal 5

Mój wyjazdowy koncert-niespodzianka. Nie znałam tego zespołu kompletnie, chociaż nazwa oczywiście obiła mi się o uszy, ale po usłyszeniu ich na żywo jestem pewna, że chcę ich poznać.

"A man who stare at goats"

Chłopcy uparli się, że w Hameryce musimy iść na hamerykański film - zafundowaliśmy sobie więc półtorej godziny bezpretensjonalnej rozrywki na głupawej, ale sympatycznej komedii z George'em Clooneyem i bardzo lubianym przeze mnie (po "Młodym Adamie") Ewanem McGregorem. Jeśli do Polski nie dotrze, bardzo wiele nie stracicie ;-)

Robert Frank w Met

Absolutnie rewelacyjny zbiór zdjęć z lat 50., kiedy ów fotograf zjechał całą Amerykę i stworzył na kilkudziesięciu starannie wybranych obrazach jej genialny portret. Facet miał niesamowite oko do szczegółów, wyczucie chwili, umiejętność oddania złożonej rzeczywistości jednym kadrem.

Tim Burton w MoMA

Fajna, choć zdecydowanie przereklamowana wystawa - zbiór kilkudziesięciu dzieł, głównie grafik. Przereklamowana, bo bardzo uboga. Ale nie wiedziałam, że Burton potrafi robić nie tylko świetne filmy.

Strand

Miejsce magiczne dla każdego miłośnika książek. Gigantyczny, trzypoziomowy antykwariat, w którym po przystępnej cenie znajdzie się lektura na każdy temat. Trochę przypomniał mi świętej pamięci Pałac Starej Książki, chociaż klimat o wiele nowocześniejszy. Wróciłam więc do Polski z paroma dodatkowymi kilogramami w bagażu :-) Ostrzę sobie zęby zwłaszcza na Huntera S. Thompsona.

"New Yorker"

Pismo, jakiego ze świecą można szukać w Polsce - teksty na kilkanaście kolumn (i mam na myśli blachę liter, a nie małe szpaltki wciśnięte między fikuśne infografiki i banalne zdjęcia), świetni autorzy, tematyka głównie społeczna i kulturalna, jeśli ilustracje, to fotografie i rysunki najwyższej próby. Uzależniłam się, na szczęście polska prenumerata ma zadziwiająco przystępną cenę :-)

"The Village Voice"

Świetny, bezpłatny tygodnik opisujący wszystko, co ciekawego dzieje się w mieście plus kilka dłuższych tekstów do poczytania. Troszeczkę coś podobnego starało się swojego czasu robić "City", aczkolwiek nie dorastało do pięt. Swoją drogą, zdumiewa ilość bezpłatnej prasy w NY - zdaje się, że każdy kwartał (czy tam "blok" po ichniemiu ;-) ) ma swój dziennik albo co najmniej tygodnik, do tego sporo ogólnomiejskich wydawnictw o różnorodnej tematyce.
09:34, notujaca
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 października 2009
Technika zabija romantyzm
Trochę mnie wkurza, że w dobie elektronicznego i zdalnego sprzętu człowiek mógłby nawet nie zauważyć zmiany czasu. Głupia komórka, która chyba już wszystkim zastąpiła budziki, nawet nie raczy poinformować, że się przestawiła. Wstajemy nieświadomi tego, że zyskaliśmy - lub straciliśmy - godzinę snu. Takie odcinanie od rzeczywistości.
11:44, notujaca , myślę
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 października 2009
WFF cz. 4
"Kroniki z Mexico City"

Zabawny i wartki, ale czysto rozrywkowy film. Kilka oryginalnych historii, przecinających się w pewnych momentach. Pomysły, trzeba przyznać, reżyser miał niezłe - na przykład uzależniona od porno urzędniczka przy kości, mszcząca się na swoim obłudnym szefie, czy młodociany gangster wierzący, że jego przeznaczeniem jest uniemożliwienie inwazji kosmitów.

"Zero"

Coś się chyba ze mną popsuło. Kolejny polski film, który bardzo mi się spodobał. Nie wiem, czy debiutujący w długim metrażu Paweł Borowski miał tyle tupetu, że celowo nawiązał tytułem do tragicznie nieudanego "0_1_0" (pogrobowy film Piotra Łazarkiewicza), ale jednocześnie takie skojarzenie się wręcz nasuwa (i tłumaczy, czemu towarzystwo wzajemnej adoracji potraktowało go tak niesprawiedliwie w Gdyni): bardzo podobna historia - na fabułę składa się wiele przeplatających się wątków, dotyczących nowoczesnego, wielkomiejskiego życia, a akcja filmu toczy się w ciągu doby. Tyle że jest jedna, olbrzymia różnica: film Borowskiego jest świetny. Wyraziste, żywe postaci, mistrzowsko poprowadzona narracja, prawdziwe emocje. Dziękuję za przywrócenie mi wiary w rodzime kino.

"Mamut"

Kompletna porażka. Nie wiem, jak twórca "Lilja 4-ever", filmu, który wgniatał w ziemię, mógł zrobić taki banalny, mainstreemowy obraz. Niby ważne, gorzkie tematy społeczne (prostytucja nieletnich, seksturystyka, pogoń za pieniądzem bogatych Amerykanów i biednych Filipińczyków), a widza wcale to nie wzrusza, zamiast tego zmusza do ziewania. Szkoda.

"Telstar"

Fabularny portret niezwykle ciekawej postaci - Joego Meeka, producenta muzycznego, który w latach 60. zrewolucjonizował rynek. Pewnie bardziej by mi się podobał, gdybym go obejrzała z polskimi napisami, bo koszmarna niewyraźna angielszczyzna bohaterów czasem sprawiała, że gubiłam wątek. Ale i tak było warto.

"Żołnierzyk"


Dla takich właśnie filmów chodzi się na festiwal, czy w ogóle do kina. Absolutnie genialny. Oryginalny, prawdziwy, dławiący w gardle. Historia Dunki, która wróciła w stanie psychicznej rozsypki z misji w Iraku (do wojska poszła, bo "chciała robić coś dobrego") i pomaga ojcu-stręczycielowi, wożąc jego nigeryjską call girl (a zarazem kochankę) do klientów. Pokazana bez patosu, słodko-gorzko. Naiwność, podłość, zagubienie, totalnie poplątane relacje rodzinne. Wszystko niejednoznaczne, jak w życiu. Wielkie kino.




00:42, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009
WFF cz. 3
"Defamation"

Świetny, błyskotliwy dokument. Jego twórca po zrobieniu głośnego "Checkpoint" (który nadrobię, jak tylko Empik trochę zejdzie z ceny, wrr) spotkał się z zarzutami antysemityzmu - mimo iż jest izraelskim Żydem. Postanowił więc sprawdzić, o co chodzi z tym całym antysemityzmem w dzisiejszym świecie. Pojechał ze szkolną wycieczką z Izraela do Polski, odwiedzał dyplomatów z delegacją prężnej amerykańskiej organizacji zwalczającej antysemityzm, rozmawiał z kontrowersyjnymi naukowcami i ofiarami antysemickich ataków. Wnioski, do jakich doszedł, są ponure - to sam Izrael kreuje atmosferę powszechnego zagrożenia, aby umocnić swoją tożsamość i wytrącić argumenty swoim krytykom. Oj, wiem komu by się ten film spodobał... :-)

"Moja najlepsza ucieczka"

Fascynująca historia chyba najsłynniejszego włamywacza naszych czasów, Michela Vaujoura, o którym głośno było po spektakularnej ucieczce z więzienia za pomocą helikoptera. Tyle że francuska reżyserka wybrała dla swojego dokumentu bardzo nietypową formę. Taki temat wręcz prosił się o coś w stylu "Człowieka na linie" - dynamiczny film, trzymający w napięciu, pełen akcji. Zamiast tego powstał niemal dwugodzinny monolog głównego bohatera, z rzadka przerywany archiwaliami czy scenami drogi. Ale, o dziwo, po pierwszym zaskoczeniu, ta forma wciągnęła mnie bez reszty. Powstał wymagający skupienia, zatopienia się w rodzaj transu, ale bardzo przejmujący obraz.

"Krzyk mody"

A to z kolei film, w którym najciekawsza była forma - ciężko się doszukiwać w nim czegoś głębszego (mimo iż reżyser chyba miał takie ambicje). Otóż film został nakręcony jako wideoblog nastolatka, rozmawiającego z bohaterami na tle bluescreenu. O wszystkich szczegółach dość dynamicznej akcji (rzecz się dzieje w domu mody, gdzie podczas kolejnych pokazów w dość spektakularny sposób giną modelki) dowiadujemy się więc jakby od zaplecza, wszystko dzieje się poza kadrem.

"Śpiewając tango"

Nietypowa historia miłosna au rebours - film o kobiecie, która próbuje poradzić sobie z uczuciem, które należy do przeszłości.
Piękny, spokojny, poetycki - a jako że główna bohaterka jest śpiewaczką tanga, zanurzony w pięknej muzyce i smutnej poezji. Mnie się podobał.

"Dom zły"

Nowy film Wojciecha Smarzowskiego, twórcy "Wesela" - może faktycznie trochę gorszy, ale na pewno wart uwagi, zwłaszcza jak na kino polskie. Reżyser ten ma niezwykły talent do przedstawiania wszystkiego, co w naszym kraju i narodzie najgorsze, najpodlejsze. Efekt jest bardzo nieprzyjemny (jeszcze bardziej drastyczny, niż w "Weselu"), ale robiący wrażenie.

"Żałobnicy"

Z tym koreańskim filmem mam pewien problem. Z jednej strony - był bardzo ciekawy, przewrotny, zaskakujący pomysłami. Z drugiej - trochę mi się dłużył. Mogę to położyć na karb zmęczenia moim maratonem, ale z drugiej strony - jeśli coś jest naprawdę genialne, powala na kolana niezależnie od tego czy jest pierwszym filmem, czy kilkunastym z kolei.



12:02, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009
WFF cz. 2

"Oczy szeroko otwarte"


Gejowski romans rozgrywający się w Mea Szearim, ortodoksyjnej dzielnicy Jerozolimy. Dość obrazoburcza wersja historii zakazanej miłości. Ale przede wszystkim to bardzo piękny film, starannie zrobiony, powolna narracja, wysmakowane kadry. No i mogłam hebrajskiego posłuchać :-)

"Metastazy"

Gdyby ten film opowiadał o Londynie albo Nowym Jorku, byłby tylko kolejną, nieźle zrobioną historią o młodych gniewnych z przedmieść metropolii. Tyle że tu tą metropolią jest Zagrzeb, więc realia robią się bardziej interesujące. Bo do motywów przemocy i beznadziei dochodzi wszechpanujący nacjonalizm, rzadszy jednak w spokojniejszych rejonach świata. Poza tym łatwiej można pojąć znieczulicę młodych chłopaków, jeśli uświadomimy sobie, że prawie wszyscy z nich brali udział w okrutnej wojnie, która przeorała te kraje ledwie parę lat temu. Film chwilami zabawny, chwilami straszny, nie wybitny, ale - ciekawy.

"Fish Tank"

No i jeszcze bardziej banalny, wydawało by się, temat - znowu patologia przedmieść, ale w Wielkiej Brytanii. Sceneria i problem więc znany, ale film bardzo dobry i zdumiewająco świeży. Opisuje losy popapranej rodzinki - matki, która czas spędza na piciu i uprawianiu seksu z mniej lub bardziej przygodnymi partnerami, i jej dwóch córeczek: pyskatej, klnącej jak szewc 10-latki i zbuntowanej przeciw całemu światu 15-latki. Ich życie zmienia się, gdy do domu wprowadza się nowy, sympatyczny "konkubent", traktujący je z czułością, ale nie do końca ojcowską. Wszystkie relacje w tym domu stoją na głowie (młodsza córka do matki: "ruszasz się jak suka", na co matka łapie ją za włosy i wystawia za drzwi kuchni), ale z drugiej strony między nimi na pewno jest jakaś więź, przede wszystkim między siostrami (genialna scena pożegnania pod koniec filmu: 10-latka krzyczy do starszej siostry "nienawidzę cię!" i wtula się w nią z rozpaczliwą czułością, a nastolatka głaszcze ją po głowie i odpowiada cicho "ja ciebie też").

"Metropia"

Dobrze zrobiłam, że skombinowałam sobie bilet na ostatnią chwilę, mimo iż nie było tego filmu na mojej szort liście. Ale jak zobaczyłam kadry w Internecie, od razu mnie zaintrygowały. I nie zawiodłam się. Fabularnie film jest przeciętną historią science-fiction, ale forma... Wydawałoby się, że ciężko już wymyślić coś zapierającego dech w piersiach jeśli chodzi o komputerową animację - twórcy "Metropii" się to udało na szóstkę. Wpatrywałam się w każdy kadr z niekłamaną przyjemnością

"Esterhazy"

A to z kolei dowód, że nie wystarczą zabawne plastelinkowe figurki (które na przykład tak świetnie przystawały do prozy Kereta w "9,99"), żeby stworzyć dobry film. Potrzebna jest jeszcze fajna fabuła, a tu "Esterhazy" może się bronić jedynie jako bajka dla dzieci. Nawet fakt, że bohaterami tej animacji są króliki nie uratował jej w moich oczach. Poza tym za mało trafiony uważam pomysł zachłystywania się (w mediach i przez organizatorów) historią królików za berlińskim murem, bo temat został dokładnie skonsumowany i wręcz przetrawiony podczas tegorocznego "Doc Review" (za sprawą o niebo lepszego "Królika po berlińsku").

"7 minut w niebie"

Pierwszy film, który oceniłam jako "taki sobie" (co jednak dobrze świadczy o dotychczasowym bilansie tegorocznego WFF). Oczywiście, poszłam na niego głównie z powodu jerozolimskiej scenerii, ale poza tym niewiele mnie w nim zachwyciło. Niby ciekawa historia została pokazana w mało interesujący sposób, poza tym przez dłuższy czas ciężko było znaleźć w tym jakiś spajający ten obraz sens. Fakt, że film ratuje zakończenie, które jest zaskakujące i nadaje więcej treści całości, ale czekanie przez półtorej godziny na to było dość jałowym zajęciem







09:19, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
web stats stat24