notująca - krytyk rzeczywistości
Kategorie: Wszystkie | czytam | myślę | słyszę | widzę
RSS
niedziela, 25 października 2009
Technika zabija romantyzm
Trochę mnie wkurza, że w dobie elektronicznego i zdalnego sprzętu człowiek mógłby nawet nie zauważyć zmiany czasu. Głupia komórka, która chyba już wszystkim zastąpiła budziki, nawet nie raczy poinformować, że się przestawiła. Wstajemy nieświadomi tego, że zyskaliśmy - lub straciliśmy - godzinę snu. Takie odcinanie od rzeczywistości.
niedziela, 18 października 2009
WFF cz. 4
"Kroniki z Mexico City"

Zabawny i wartki, ale czysto rozrywkowy film. Kilka oryginalnych historii, przecinających się w pewnych momentach. Pomysły, trzeba przyznać, reżyser miał niezłe - na przykład uzależniona od porno urzędniczka przy kości, mszcząca się na swoim obłudnym szefie, czy młodociany gangster wierzący, że jego przeznaczeniem jest uniemożliwienie inwazji kosmitów.

"Zero"

Coś się chyba ze mną popsuło. Kolejny polski film, który bardzo mi się spodobał. Nie wiem, czy debiutujący w długim metrażu Paweł Borowski miał tyle tupetu, że celowo nawiązał tytułem do tragicznie nieudanego "0_1_0" (pogrobowy film Piotra Łazarkiewicza), ale jednocześnie takie skojarzenie się wręcz nasuwa (i tłumaczy, czemu towarzystwo wzajemnej adoracji potraktowało go tak niesprawiedliwie w Gdyni): bardzo podobna historia - na fabułę składa się wiele przeplatających się wątków, dotyczących nowoczesnego, wielkomiejskiego życia, a akcja filmu toczy się w ciągu doby. Tyle że jest jedna, olbrzymia różnica: film Borowskiego jest świetny. Wyraziste, żywe postaci, mistrzowsko poprowadzona narracja, prawdziwe emocje. Dziękuję za przywrócenie mi wiary w rodzime kino.

"Mamut"

Kompletna porażka. Nie wiem, jak twórca "Lilja 4-ever", filmu, który wgniatał w ziemię, mógł zrobić taki banalny, mainstreemowy obraz. Niby ważne, gorzkie tematy społeczne (prostytucja nieletnich, seksturystyka, pogoń za pieniądzem bogatych Amerykanów i biednych Filipińczyków), a widza wcale to nie wzrusza, zamiast tego zmusza do ziewania. Szkoda.

"Telstar"

Fabularny portret niezwykle ciekawej postaci - Joego Meeka, producenta muzycznego, który w latach 60. zrewolucjonizował rynek. Pewnie bardziej by mi się podobał, gdybym go obejrzała z polskimi napisami, bo koszmarna niewyraźna angielszczyzna bohaterów czasem sprawiała, że gubiłam wątek. Ale i tak było warto.

"Żołnierzyk"


Dla takich właśnie filmów chodzi się na festiwal, czy w ogóle do kina. Absolutnie genialny. Oryginalny, prawdziwy, dławiący w gardle. Historia Dunki, która wróciła w stanie psychicznej rozsypki z misji w Iraku (do wojska poszła, bo "chciała robić coś dobrego") i pomaga ojcu-stręczycielowi, wożąc jego nigeryjską call girl (a zarazem kochankę) do klientów. Pokazana bez patosu, słodko-gorzko. Naiwność, podłość, zagubienie, totalnie poplątane relacje rodzinne. Wszystko niejednoznaczne, jak w życiu. Wielkie kino.




00:42, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009
WFF cz. 3
"Defamation"

Świetny, błyskotliwy dokument. Jego twórca po zrobieniu głośnego "Checkpoint" (który nadrobię, jak tylko Empik trochę zejdzie z ceny, wrr) spotkał się z zarzutami antysemityzmu - mimo iż jest izraelskim Żydem. Postanowił więc sprawdzić, o co chodzi z tym całym antysemityzmem w dzisiejszym świecie. Pojechał ze szkolną wycieczką z Izraela do Polski, odwiedzał dyplomatów z delegacją prężnej amerykańskiej organizacji zwalczającej antysemityzm, rozmawiał z kontrowersyjnymi naukowcami i ofiarami antysemickich ataków. Wnioski, do jakich doszedł, są ponure - to sam Izrael kreuje atmosferę powszechnego zagrożenia, aby umocnić swoją tożsamość i wytrącić argumenty swoim krytykom. Oj, wiem komu by się ten film spodobał... :-)

"Moja najlepsza ucieczka"

Fascynująca historia chyba najsłynniejszego włamywacza naszych czasów, Michela Vaujoura, o którym głośno było po spektakularnej ucieczce z więzienia za pomocą helikoptera. Tyle że francuska reżyserka wybrała dla swojego dokumentu bardzo nietypową formę. Taki temat wręcz prosił się o coś w stylu "Człowieka na linie" - dynamiczny film, trzymający w napięciu, pełen akcji. Zamiast tego powstał niemal dwugodzinny monolog głównego bohatera, z rzadka przerywany archiwaliami czy scenami drogi. Ale, o dziwo, po pierwszym zaskoczeniu, ta forma wciągnęła mnie bez reszty. Powstał wymagający skupienia, zatopienia się w rodzaj transu, ale bardzo przejmujący obraz.

"Krzyk mody"

A to z kolei film, w którym najciekawsza była forma - ciężko się doszukiwać w nim czegoś głębszego (mimo iż reżyser chyba miał takie ambicje). Otóż film został nakręcony jako wideoblog nastolatka, rozmawiającego z bohaterami na tle bluescreenu. O wszystkich szczegółach dość dynamicznej akcji (rzecz się dzieje w domu mody, gdzie podczas kolejnych pokazów w dość spektakularny sposób giną modelki) dowiadujemy się więc jakby od zaplecza, wszystko dzieje się poza kadrem.

"Śpiewając tango"

Nietypowa historia miłosna au rebours - film o kobiecie, która próbuje poradzić sobie z uczuciem, które należy do przeszłości.
Piękny, spokojny, poetycki - a jako że główna bohaterka jest śpiewaczką tanga, zanurzony w pięknej muzyce i smutnej poezji. Mnie się podobał.

"Dom zły"

Nowy film Wojciecha Smarzowskiego, twórcy "Wesela" - może faktycznie trochę gorszy, ale na pewno wart uwagi, zwłaszcza jak na kino polskie. Reżyser ten ma niezwykły talent do przedstawiania wszystkiego, co w naszym kraju i narodzie najgorsze, najpodlejsze. Efekt jest bardzo nieprzyjemny (jeszcze bardziej drastyczny, niż w "Weselu"), ale robiący wrażenie.

"Żałobnicy"

Z tym koreańskim filmem mam pewien problem. Z jednej strony - był bardzo ciekawy, przewrotny, zaskakujący pomysłami. Z drugiej - trochę mi się dłużył. Mogę to położyć na karb zmęczenia moim maratonem, ale z drugiej strony - jeśli coś jest naprawdę genialne, powala na kolana niezależnie od tego czy jest pierwszym filmem, czy kilkunastym z kolei.



12:02, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009
WFF cz. 2

"Oczy szeroko otwarte"


Gejowski romans rozgrywający się w Mea Szearim, ortodoksyjnej dzielnicy Jerozolimy. Dość obrazoburcza wersja historii zakazanej miłości. Ale przede wszystkim to bardzo piękny film, starannie zrobiony, powolna narracja, wysmakowane kadry. No i mogłam hebrajskiego posłuchać :-)

"Metastazy"

Gdyby ten film opowiadał o Londynie albo Nowym Jorku, byłby tylko kolejną, nieźle zrobioną historią o młodych gniewnych z przedmieść metropolii. Tyle że tu tą metropolią jest Zagrzeb, więc realia robią się bardziej interesujące. Bo do motywów przemocy i beznadziei dochodzi wszechpanujący nacjonalizm, rzadszy jednak w spokojniejszych rejonach świata. Poza tym łatwiej można pojąć znieczulicę młodych chłopaków, jeśli uświadomimy sobie, że prawie wszyscy z nich brali udział w okrutnej wojnie, która przeorała te kraje ledwie parę lat temu. Film chwilami zabawny, chwilami straszny, nie wybitny, ale - ciekawy.

"Fish Tank"

No i jeszcze bardziej banalny, wydawało by się, temat - znowu patologia przedmieść, ale w Wielkiej Brytanii. Sceneria i problem więc znany, ale film bardzo dobry i zdumiewająco świeży. Opisuje losy popapranej rodzinki - matki, która czas spędza na piciu i uprawianiu seksu z mniej lub bardziej przygodnymi partnerami, i jej dwóch córeczek: pyskatej, klnącej jak szewc 10-latki i zbuntowanej przeciw całemu światu 15-latki. Ich życie zmienia się, gdy do domu wprowadza się nowy, sympatyczny "konkubent", traktujący je z czułością, ale nie do końca ojcowską. Wszystkie relacje w tym domu stoją na głowie (młodsza córka do matki: "ruszasz się jak suka", na co matka łapie ją za włosy i wystawia za drzwi kuchni), ale z drugiej strony między nimi na pewno jest jakaś więź, przede wszystkim między siostrami (genialna scena pożegnania pod koniec filmu: 10-latka krzyczy do starszej siostry "nienawidzę cię!" i wtula się w nią z rozpaczliwą czułością, a nastolatka głaszcze ją po głowie i odpowiada cicho "ja ciebie też").

"Metropia"

Dobrze zrobiłam, że skombinowałam sobie bilet na ostatnią chwilę, mimo iż nie było tego filmu na mojej szort liście. Ale jak zobaczyłam kadry w Internecie, od razu mnie zaintrygowały. I nie zawiodłam się. Fabularnie film jest przeciętną historią science-fiction, ale forma... Wydawałoby się, że ciężko już wymyślić coś zapierającego dech w piersiach jeśli chodzi o komputerową animację - twórcy "Metropii" się to udało na szóstkę. Wpatrywałam się w każdy kadr z niekłamaną przyjemnością

"Esterhazy"

A to z kolei dowód, że nie wystarczą zabawne plastelinkowe figurki (które na przykład tak świetnie przystawały do prozy Kereta w "9,99"), żeby stworzyć dobry film. Potrzebna jest jeszcze fajna fabuła, a tu "Esterhazy" może się bronić jedynie jako bajka dla dzieci. Nawet fakt, że bohaterami tej animacji są króliki nie uratował jej w moich oczach. Poza tym za mało trafiony uważam pomysł zachłystywania się (w mediach i przez organizatorów) historią królików za berlińskim murem, bo temat został dokładnie skonsumowany i wręcz przetrawiony podczas tegorocznego "Doc Review" (za sprawą o niebo lepszego "Królika po berlińsku").

"7 minut w niebie"

Pierwszy film, który oceniłam jako "taki sobie" (co jednak dobrze świadczy o dotychczasowym bilansie tegorocznego WFF). Oczywiście, poszłam na niego głównie z powodu jerozolimskiej scenerii, ale poza tym niewiele mnie w nim zachwyciło. Niby ciekawa historia została pokazana w mało interesujący sposób, poza tym przez dłuższy czas ciężko było znaleźć w tym jakiś spajający ten obraz sens. Fakt, że film ratuje zakończenie, które jest zaskakujące i nadaje więcej treści całości, ale czekanie przez półtorej godziny na to było dość jałowym zajęciem







09:19, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 października 2009
WFF cz. 1
"Grzybobranie"

Zabawny i ciekawy, choć nie powalający, dokument o... a jakże, o grzybach. Prezentuje sporo interesujących faktów (jednak dla mnie to było troszkę zbyt mało dogłębne studium) i galerię ciekawych postaci, prawdziwych "grzybowych" świrów (np. udowadniających, że Jezus był... grzybem). Niezbyt dopracowany formalnie, co działało na jego niekorzyść.

"Wszyscy inni"


Bardzo dobry, bardzo smutny, bardzo prawdziwy film. Dramat psychologiczny, co prawda z wieloma zabawnymi momentami, w większości przypadków jednak śmiech zamierał mi na ustach. O czym był ten film? Po pierwsze o tym, że chociażby się cholernie chciało, nie można zmienić się dla drugiej osoby, wszelkie nawet najbardziej rozpaczliwe próby skazane są na porażkę. Ale po drugie - i przede wszystkim - o tym, jakim piekłem może być związek, w którym ludzie się nie kochają i nie pasują do siebie. O tym, jak banalne rzeczy, drobiazgi, przemieniają życie w piekło. "Podobno ludzie tak mają, ale za jaką cenę?"


00:57, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 października 2009
"Moje Winnipeg"
Niniejszym odszczekuję to, co napisałam o Guyu Maddinie po ENH. Uwielbiam tego faceta :-) "Moje Winnipeg" to jeden z najdziwniejszych filmów, jakie widziałam, ale jednocześnie w swoim totalnym zakręceniu porywający i ujmujący już po paru minutach, kiedy tylko widz da się wciągnąć zdecydowanie niezrównoważonemu twórcy w jego wizję. Fabuły opisać się nie da, zresztą ten film w zasadzie jej nie posiada, bo jego szkielet fabularny jest tylko pretekstem do magicznej opowieści o korzeniach i do kolejnych, cudownie przewrotnych anegdotek. Polecam gorąco wszystkim, którzy nie obawiają się dziwnej formy.

Tak, to było dobre preludium do rozpoczynającego się dziś WFF :-)

PS. Aha, tylko zapomniałam o jednej łyżeczce dziegciu: polska wersja językowa "MW" jest po prostu tragiczna. Mnóstwo szkolnych, rażących błędów w tłumaczeniu. Trochę wstyd, panowie od Gutka. Na festiwalu takie rzeczy jeszcze można wybaczyć, ale jak film się wprowadza do kin, wypadałoby to podciągnąć
09:33, notujaca , widzę
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 września 2009
"Przerwane objęcia"
No, w końcu dotarłam do kina na ostatniego Almodovara. Jednak na tyle spóźniona, że wszystko, co bym napisała, wydaje mi się wtórne. Potwierdzę więc tylko, że tak, dalej lubię tego reżysera, że film jest piękny (ach, ta Penelope :-) ) i nieco smutny, a przy tym faktycznie na temat wszystkich zawartych w nim kinowych aluzji można by napisać pracę doktorską. Ja jednak się nie czuję na siłach go analizować, zwłaszcza po wieczorze spędzonym na ciężkiej walce z fatalną - jak zwykle, niestety - rozpiską na WFF. Ale przynajmniej mam wstępną wizję, jak spędzę pierwszą połowę października :-)
23:55, notujaca , widzę
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 września 2009
Shalev, Zeruya
Mam problem z tą izraelską pisarką. Po przeczytaniu jej pierwszej książki, "Mąż i żona", byłam przede wszystkim zirytowana, po lekturze drugiej - "Życie miłosne" - moja ocena nie jest już tak jednoznaczna. Z jednej strony, jej proza jest mocno afektowana, a opisywane przez nią historie ocierają się o Harlequina. Do tego potwornie irytująca bohaterka, opisująca w pierwszej osobie swoje rozterki i perypetie. Ale z drugiej strony - Shalev udaje się uchwycić bardzo prawdziwie chaotyczny strumień myśli, przepływających przez ludzką głowę, a co prawda patrząc z boku na problemy bohaterki zżymam się na jej głupotę, po chwili jednak przychodzi refleksja: ile razy sama zachowywałam się jeszcze mniej rozsądnie.

Jej książki są męczące, ale jednak bardzo prawdziwe. No a poza tym warto je przeczytać dla paru myśli, jak ta: "Każdy, kto popełnia błąd, z góry wie, że go popełni, tylko nie umie się powstrzymać. Zaskoczeniem może być rozmiar błędu, nie sam fakt jego popełnienia".

08:05, notujaca , czytam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 sierpnia 2009
Radiohead
Nie lubię wielkich, stadionowych koncertów, ale niektórych zespołów nie mam raczej szansy usłyszeć na żywo w ciasnym, zadymionym klubie... A jako że Radiohead należy do moich ulubionych grup, zrobiłam dla nich wyjątek. I zupełnie nie żałuję :-)

Bałam się, że ich muzyka na koncercie może zabrzmieć gorzej, niż w studio, ale ku mojemu zdumieniu brzmiała chyba nawet lepiej. Chłopaki dali absolutny popis mistrzostwa. Zaskoczyła mnie też niesamowita skala i moc głosu Thoma Yorka. Do tego efektowna oprawa wizualna - zwłaszcza fajnie wykorzystano telebimy, na których zazwyczaj pokazywana jest po prostu relacja z tego, co dzieje się na scenie. Radiohead zrobiło to niebanalnie - obraz był transmitowany z kilku kamerek, które skupiały się na dużych zbliżeniach poszczególnych muzyków. Jednym z najwspanialszych momentów koncertu była chwila, kiedy Thom York, grając na fortepianie i śpiewając nastrojowe "You And Whose Army?", wsadził niemalże oko w kamerę i mrugnął do nas wszystkich. No i odśpiewany przez publiczność refren po "Karma Police"... I nieoczekiwany "Creep" jako ostatni bis... Ech cudnie było :-)

Trochę gorzej było z otoczką, ale, jak to ujął P., mimo starań organizatorów nie udało im się popsuć naszych humorów. A przyłożyli się, nie powiem. Najpierw spędziliśmy pół godziny przed bramkami kłócąc się z ochroną, która uznała moją malutką, brązową w grochy parasolkę za "przedmiot niebezpieczny". Później okazało się, że nie możemy udać się do do naszego sektora z napojami, spędziliśmy więc parę godzin siedząc na trawie w "sektorze piwnym". Nie żałowaliśmy jednak specjalnie, bo suport słyszany nawet z daleka szargał nam nerwy - jakaś zupełnie beznadziejna, dyskotekowa łupanka. No a na zakończenie zostaliśmy pokarani za to, że wybraliśmy burżujski pierwszy sektor, wychodzenie z niego bowiem trwało dobre pół godziny robienia małych kroczków w niewyobrażalnym ścisku.

Ale na plus trzeba ocenić lokalizację - dzięki temu, że impreza odbywała się w parku, a nie na jakimś stadionie, zachowana miłą piknikową atmosferę (zwłaszcza widoczną w sektorze piwnym ;-) ). Poza tym całkiem spodobał mi się Poznań, dotychczas dla mnie terra incognita. Po dwóch dniach spędzonych w dużej mierze na leniwym snuciu się po mało turystycznych uliczkach czułam się wypoczęta jak po prawdziwym urlopie. Nawet znalazłam "swoje" miejsce - Ekowiarnia, mała knajpka w dziwnej, mocno eklektycznej, cichej uliczce, z boskim tarasem w kwiatach, na którym zupełnie naturalnym stanem jest rozwalenie się na miękkich fotelach i picie niepasteryzowanego piwa o godz. 14
wtorek, 04 sierpnia 2009
ENH 2009
I po festiwalu... Nauczone doświadczeniami zeszłych lat, doszłyśmy z M. niemal do perfekcji w odsiewaniu poronionych eksperymentów na podstawie opisów. Porażką okazało się właściwie tylko "Jezioro", które o dziwo zebrało niezłe recenzje, mimo iż przez połowę filmu nic nie było widać, bo akcja działa się w ciemnej górskiej chacie, a nawet jak coś było widać, to wiele z tego nie wynikało.

O wszystkich pisać siły nie mam, będzie o najciekawszych:

"Tlen"

Na nowy film Wyrypajewa chciałam iść w ciemno i mimo iż okazał się diametralnie inny od uwielbianej przeze mnie "Euforii", nie rozczarował mnie. W zasadzie ciężko powiedzieć że to film fabularny, raczej rodzaj teledysku do ścieżki dźwiękowej składającej się z 10 utworów. Ale: świetna muzyka, genialne obrazy, no i niegłupie teksty. W jednym z wywiadów reżyser powiedział, że jest przeciwnikiem kina intelektualnego, że chce aby jego dzieło przemawiało emocjami - i trzeba powiedzieć, że to mu się udaje.

"Ostrożnie"

Poszłam na to, żeby dowiedzieć się ki diabeł Guy Maddin, i nie żałuję, chociaż nie zostałam jego wierną fanką. Ale przednio się ubawiłam. Film bardzo konsekwentnie nakręcony i zagrany tak, jakby powstał jakieś 80 lat wcześniej (typu "Skarb rodu Arne"), jednak tak bardzo przerysowany, że mimo melodramatycznej fabuły cała sala ryczała ze śmiechu. Totalne wariactwo.

"$9.99"

Samograj - animacja (plastelinkacja?) na podstawie opowiadań Kereta. Większość dowcipu i uroku zawdzięcza oczywiście oryginałom mojego ukochanego pisarza, ale przyznaję, że reżyserka stanęła na wysokości zadania i przełożyła je bardzo zgrabnie na język kina.

"Życie Hayat"

Dobry, mocny film o Turcji i bolesnej przemianie z dziewczynki w kobietę. Mimo dość tragicznej historii, smutek mieszał się z uśmiechem - jak w życiu.

"12 kwiatów lotosu"

Kolejny zupełnie szalony, ale zachwycający obraz. Wyobraźcie sobie singapurski odpowiednik bollywood, tylko że jeszcze bardziej przegięty, ewidentnie celowo. Bohaterowie tańczą, śpiewają, noszą obcisłe złote kostiumy i pióra we włosach, w pokoju nagle zaczyna padać deszcz - po prostu obłęd :-)

"Białe szaleństwo"

Sympatyczny film spod znaku dobrego, skandynawskiego kina typu "Kuchenne historie" czy "Jabłko Adama".

"Parque vía"

A to z kolei klasyczny dla mnie południowoamerykański obraz - bardzo prosty, oszczędny, powolny, ale przemyślany i robiący wrażenie. Historia człowieka, który od 30 lat jest stróżem w wystawionej na sprzedaż dziwacznej rezydencji. Jego świat wywraca się do góry nogami, gdy dom niespodziewanie znajduje w końcu kupca.

"Spotkanie w Palermo"

Zjechany totalnie przez krytykę nowy film Wendersa - moim zdaniem, troszkę przesadnie. Nie jest to oczywiście artystyczne kino, ale moim zdaniem mimo kilku banalnych motywów (zwłaszcza włoski romans) oglądało się je naprawdę przyjemnie. Genialna muzyka, odgrywająca bardzo ważną rolę, świetne, oniryczne sceny snów głównego bohatera, piękne kadry - to już coś.

"Katalin Varga"

Bez wątpienia jeden z najlepszych filmów oglądanych przeze mnie w tym roku we Wrocławiu. Mroczna, rumuńska historia o silnej kobiecie, która szuka zemsty za wyrządzone przed laty zło. W sumie bardzo feministyczny obraz, ale w sposób zupełnie nie nachalny.

"Odgłosy robaków – zapiski mumii"

Paradoksalnie bardzo się cieszę, że poszłam na ten "dokument", mimo że z wkurzenia ledwo wysiedziałam do końca. Przypominam - film ten zdobył główną nagrodę jury na tegorocznym Doc Review. Czemu - nie mam pojęcia, bo nie dość że w zasadzie każdy inny, które oglądałam w maju, był od niego o niebo lepszy, to na dodatek ciężko go w ogóle uznać za dokument. Jest on zbiorem obrazów, dość bezsensownych (lecą ptaki... ludzie idą chodnikiem... fale uderzają o brzeg... i tak półtorej godziny), mających być tłem dla (fikcyjnego) dziennika prowadzonego przez świra, który postanowił popełnić samobójstwo przez głodówkę. I to właśnie ten bohater najbardziej mnie wkurzył - był patetyczny, do bólu papierowy, zaprzeczający sam sobie (określał się jako niewierzący, a cały czas bełkotał o łodzi, która zabierze go na drugi brzeg i zastanawiał się jak wygląda życie po życiu - to w co on nie wierzył, w Myszkę Miki?!). Jedno reżyserowi udało się osiągnąć - widz był równie zmęczony powolną, wielotygodniową agonią, jak owa nieszczęsna ofiara. Czemu wobec tego się cieszę, że to obejrzałam? Bo dał mi pożywkę do wielu zażartych dyskusji, a ja lubię bardzo taką rozrywkę :-)

"Miasto granic"

A to dla odmiany kawał solidnego, dobrego dokumentu. Bardzo ciepły film o gejach i lesbijkach żyjących w Izraelu, nie ograniczający się jednak do tego wąskiego tematu - pokazał ogólnie specyfikę tego kraju, w którym ludzie nie są równi z rozmaitych powodów. Oczywiście, dla mnie wartością dodaną była możliwość oglądania uliczek Tel Avivu czy Jerozolimy :-).


16:24, notujaca , widzę
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 lipca 2009
Raphael Rogiński
Moje największe ostatnio odkrycie muzyczne, dokonane na przekór pretensjonalnemu imieniu tego pana i temu, że gitara nie należy do moich ulubionych instrumentów, a już na pewno nie serwowana saute. A jednak - zaintrygowała mnie jego płyta "Bach Bleach" i dlatego wybrałam się na jego solowy koncert w Powiększeniu. I wmurowało mnie w krzesło - bardzo smutna, bardzo poruszająca, świetna muzyka. Granie Rogińskiego skojarzyło mi się z genialną płytą Neila Younga, ścieżką do "Truposza" Jarmusha - ta sama prostota, melancholia, ale i siła.
"Rozmowa w Katedrze"
Oj nazbierało mi się blogowych zaległości, a jako że lada chwila Wrocław i dużo wrażeń do opisywania, spróbuje szybciutko ponadrabiać.

Llosę pokochałam dzięki "Szelmostwom niegrzecznej dziewczynki" (które uważam za najlepszą i najpiękniejszą, a jednocześnie najmniej banalną książkę o miłości ever), ale to jego "Rozmowa" powaliła mnie na kolana. Nigdy nie czytałam tak dziwnie skonstruowanej powieści, w której jednocześnie bardzo karkołomna forma nie jest bynajmniej postmodernistyczną arabeską - dzięki temu, jak bardzo skupić trzeba się na lekturze, czytelnik pochłaniany jest przez tę książkę bez reszty. To powieść totalna, absolutna, doskonała. Jedna z tych, po których skończeniu człowieka żal ściska, że już więcej nie sięgnie po nią po raz pierwszy.
14:38, notujaca , czytam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 czerwca 2009
Tanie książki i "Salsa"
Mój nieposkromiony ostatnio apetyt na czytanie i ataki kompulsywnych zakupów kulturalnych zyskały sprzymierzeńca w wydawnictwie literackim Muza. Dzięki desperacji na lotnisku Ben Gurion zaprzyjaźniłam się z serią "Salsa". Do tej pory trzymałam się od niej raczej z daleka, bo kojarzyła mi się z prozą iberoamerykańską, która nigdy mnie do siebie nie przekonała (poza Llosą, ale to chyba trochę tak jak z faktem, że moim ulubionym filmem Lyncha jest "Prosta historia"). Jednak cieniutka "Przybądź, ciemności" Montero Mayra, podebrana mojemu współtowarzyszowi podróży i pochłonięta w nocy w hali przylotów, przełamała moje opory.

W Polsce odkryłam, że większość książek tej serii jest opychana na przecenach po parę złotych, zaczęłam więc kupować kolejne pozycje w ciemno, kierując się tytułem i przeczytaniem paru akapitów. I muszę powiedzieć, że ani razu sromotnie się nie zawiodłam, a nawet udało mi się odkryć pewnego pisarza, który naprawdę mi się spodobał. Nazywa się Manuel Vicent, jest Hiszpanem i pisze bardzo wciągające, przewrotne, pełne czarnego humoru, ale jednocześnie urocze powieści (przeczytałam wszystkie trzy, które dorwałam - "Dziewczyna Matisse'a", "Chorzy na miłość" i "Pieśń morza").

Seria "Salsa" pewnie niedługo zostanie zlikwidowana ze względu na absolutną nierentowność (na obecnie przeze mnie czytanej "Jutro, w czas bitwy, o mnie myśl" Javiera Mariasa widnieje cena 34,60, tymczasem ja ją nabyłam w Merlinie za... 6,49 zł), ale ja za tę działalność charytatywną jestem wydawnictwu Muza bardzo wdzięczna.
13:58, notujaca , czytam
Link Dodaj komentarz »
"Gigante"
Film idealny i absolutnie zachwycający. Prosty, prawdziwy, trochę śmieszny, trochę wzruszający. Pamiętam, że podobne odczucie "akuratności" po wyjściu z kina miałam kilka lat temu, po obejrzeniu "Dróżnika", chociaż same filmy są zupełnie inne. Ale równie dobre. 
13:21, notujaca , widzę
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 czerwca 2009
"Jagodowa miłość"
Zwlekałam z obejrzeniem tego filmu, obawiając się rozczarowania. Niestety, nie bezpodstawnie.

Proszę, bardzo proszę, żeby Wong Kar Wai nie kręcił nigdy więcej w Stanach i nie zatrudniał gwiazdorskiej obsady... Z Norą Jones na czele, która może umie śpiewać (de gustibus), ale na pewno nie umie grać, a raczej gra przez cały czas tak usilnie, że aż litość nie pozwala na ostrzejszą krytykę. Do tego banalna, do bólu banalna i naiwna fabuła.  Kilka artystycznych ujęć naprawdę nie wystarczy, aby obronić film, zwłaszcza gdy reżyser poprzednimi dziełami stawia sobie tak wysoko poprzeczkę. Szkoda.
20:18, notujaca , widzę
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
web stats stat24